Media o nas

Wyjątkowy klimat poprzemysłowej architektury

Dawna fabryka motorów przy ul. Dowborczyków to miejsce, w którym zadomowił się biznes. Jest jednym z pozytywnych przykładów tego, jak można wykorzystać poprzemysłowe dziedzictwo Łodzi.


Chociaż ostatnie tygodnie to dramatyczne historie łódzkich zabytków, które są wyburzane przez właścicieli za zgodą magistratu, my postanowiliśmy porozmawiać z kimś, kto już kilka lat temu odkrył, jakim skarbem są poprzemysłowe budynki.

Nieruchomość przy ul. Dowborczyków 25 została wybudowana w latach 20. ubiegłego wieku. Pierwotnie mieściła się tam Łódzka Fabryka Motorów Henryka Wagnera, w której powstawały parowe silniki do maszyn włókienniczych. Pod koniec lat 90. kupił ją Krzysztof Witkowski i - choć to nie zabytek wpisany do rejestru czy gminnej ewidencji - wyremontował i nadał jej nową funkcję.



Rozmowa z Krzysztofem Witkowskim



Jak się rozpoczęła Pańska przygoda z fabryką przy ul. Dowborczyków?

Krzysztof Witkowski: Trafiłem tam w 1999 roku. Kiedy pierwszy raz zobaczyłem fabrykę, którą mieliśmy kupić, to mimo mojej dużej wyobraźni byłem lekko przerażony, bo była w złym stanie. Wtedy takie budynki były wykorzystywane na szwalnie, małe zakłady produkcyjne, ewentualnie jakieś magazyny - tak było z fabryką przy ul. Dowborczyków - był to komis staroci, więc atmosfery ruiny samej nieruchomości dopełniały stare, zrujnowane meble.

O mieszkaniach w poprzemysłowych budynkach nikt wtedy nie myślał. Była recesja, czasy na rynku nieruchomości były ciężkie.

I dlaczego postawił Pan na biura?

- Budynek byłby zbyt kosztowny w utrzymaniu. Mieliśmy już inną nieruchomość na Radogoszczu, też poprzemysłową, ale młodszą i ją adaptowaliśmy na biura. W tym samym kierunku poszliśmy w przypadku fabryki, ale mamy tu już inny klimat, inną przestrzeń.

Ta inwestycja to była z jednej strony chęć zrobienia biznesu, a z drugiej chęć wyróżnienia się na rynku. W tamtym czasie była to jedna z niewielu fabryk przekształcana na biura - poza naszą tak zagospodarowane były budynek straży pożarnej na Księżym Młynie i nieruchomość przy skrzyżowaniu ul. Milionowej z Piotrkowską.

Z jakimi reakcjami się Pan spotykał?

- Wtedy wszyscy byli zakochani w ul. Piotrkowskiej, która była niemal jedynym adresem branym pod uwagę na biura czy siedziby. I jak wtedy mówiłem, że chcę stworzyć biura w fabryce przy ul. Dowborczyków to wszyscy pukali się w głowę. To było wyzwanie.

Postawiliśmy na klimat, bo z Piotrkowską nie dało się konkurować adresem. Na rozwiązania architektoniczne, detale, użyte materiały. Dużo zawdzięczamy naszemu projektantowi Zbigniewowi Bińczykowi.

Przyprowadzaliśmy klienta do fabryki, pokazywaliśmy mu kawał hali i prosiliśmy, żeby zamknął oczy, wyobraził sobie, jak wygląda jego biuro i właśnie to mu gwarantowaliśmy. To była nowość dla osób przyzwyczajonych do pokoi w kamienicach, w których trudno coś zaaranżować. Tu okazywało się, że biuro można skroić jak garnitur.

Mieliście problemy przy modernizacji fabryki?

Największym było zgromadzenie dokumentacji, która pozwoliłaby odtworzyć klimat tego miejsca. Budynki były w złym stanie, mieliśmy problem z materiałami, które chcieliśmy wykorzystać - dzisiaj nikt już nie produkuje słupów żeliwnych.

Niektóre elementy znajdowaliśmy na złomowiskach. Tak było na przykład ze zbiornikami hydroforowymi, które wykorzystaliśmy w recepcji. Od strony patio powstała dobudówka - kotłownia wykonana z drewna. W końcu przyszedł czas na restaurację, która podkreśliła klimat miejsca starymi meblami.

Więcej rzeczy tam wymyśliliśmy niż odtworzyliśmy. Pod względem architektonicznym budynek nie był perełką - miał otynkowane ściany, wielkie fabryczne okna, nie zachwycał. Remontując go uczyliśmy się go i odkrywaliśmy. Nie wiedziałem, że będzie w nim recepcja czy sala konferencyjna. Podpatrywaliśmy rozwiązania u innych. Zrobiliśmy gabinety do wynajęcia na spotkania biznesowe i patio, gdzie latem można przysiąść i posłuchać śpiewu ptaków. Choć to centrum miasta, jest cicho.

W trakcie realizacji projektu zbieraliśmy doświadczenia, które widać w wyglądzie fabryki - drugi budynek był robiony inaczej niż pierwszy. Nie popełniliśmy już błędu i nie wstawiliśmy plastikowych okien, ale aluminiowe. Dokładniej oczyściliśmy cegłę, drewno, położyliśmy kostkę granitową.

Dzisiaj Faktoria ma już innego właściciela, firmę Inter-Mar, a pan zaangażował się w kolejny projekt - budowę nowoczesnego biurowca. Jakie uczucia dzisiaj wywołuje w panu przygoda z fabryką?

Jestem z niej bardzo dumny. Praca tam to jedna z przyjemniejszych chwil w moim życiu, sam nawet pomagałem przy budowie. To nie jest zwykły projekt, który wymyśla się od A do Z, a potem realizuje, wybierając z folderów płytki czy inne detale. Wiele rzeczy zostało wymyślonych w poszukiwaniach, przy odkryciach w fabryce. Chcę aby Faktoria wyznaczała standardy, które dzisiaj są powszechnie przyjęte na świecie, ale u nas nie są jeszcze normą.

Źródło: Gazeta Wyborcza Łódź


 

25.04.2008 r

« wstecz